sprawdź koncerty cyklu tego slucham w Szczecinie
Palmer Eldritch Palmer Eldritch
Jak na razie to nasz jedyny materiał o Palmer Eldritch

Palmer Eldritch - „Natural Disaster”

0 12-05-2017 20:57

Niemieccy kraut-elektronicy zwiedzają Tanzanię.

Palmer Eldritch jest dla mnie odkryciem. Wiem, że mieli już na koncie wspólne wydawnictwa pod szyldem PE, ale dopiero „Natural Disaster” przykuło moją uwagę do krakowskiego duetu producentów.

Nie przeprowadziłem nawet namiastki śledztwa, kim są, ani jak generują te wszystkie swoje magiczne dźwięki. Zostanę przy muzyce.

A tam zapętlone etno spotyka kanciasty industrial. Pulsujące plemienne sample w niebywale płynny sposób przenikają się z rytmicznymi, zimnymi i trzeszczącymi bitami i warczącymi gitarami w tłach („Ritual of Sunspots”). Chwilę później wibrujące drony rozbijają się o pozytywkowy, groteskowy wycinek niewidomego pochodzenia. Błyskotliwe.

„Life and Death of George Martin” stanowi kulminację, w połowie albumu. Nieco doomowa, powłóczysta struktura numeru co rusza szturchana jest zakłóceniami i kolejnymi, wybijającymi nas ze „strefy komfortu” motywami i prowadzi wręcz w jakieś drum’n’bassowe zaułki. Ciekawie wypada aliaż: wartki perkusyjny rytm, powracające jak zjawa plamy wokali i rzężąca piachem gitara.

Lubią też podryfować w spokojnych ambientach. Jest kolorowy, mocno nasycony „The Beginners Guide to Maya” i „Brothers and Sisters”, który brzmi jak spotkanie z mnichami niewiadomego klasztoru, czyniącymi pokłony o 6 rano. Niebywale zasysające uwagę. Ambienty ambientami, ale jednak najbardziej atrakcyjni są kiedy pulsują jak otwarta rana, zakażona tymi wszystkimi brudami, których w ich muzyce jest mnóstwo.

Co prawda trzymają się dość poprawnych i sprawdzonych patentów rozwijania numerów, ale wystarczy zajrzeć do „ Radiosphere Preachers”, gdzie wchodzą na funkujący post-punk, by zrozumieć, że robią to z wizją.

Tak samo nie brakuje jej w naprawdę zgrabnym skakaniu po stylach: są trip-hopy, okruchy techno, jest dużo egzotyki, ale obarczonej pewnym ciężarem, który nie pozwala tego materiału interpretować jak elektroniczne wariacje w okolicach etno/world music. Bardziej są to skrawki i paprochy mieszane z psychodeliczną formą, typową dla psych-rocka. Nie traktujcie tych gatunkowych określeń zbyt poważnie, raczej są to tyczki mijane w dużym rozpędzie i szerokim łukiem. Bazą ich twórczości jest trans. Przesłuchajcie „Tlaloc”, a nie będziecie mieli wątpliwości, jak istotny jest to składnik. Ten numer powinien się nazywać „Niemiecccy kraut-elektronicy zwiedzają Tanzanię”.

„Natural Disaster” to kolejna niezwykle udana produkcja w katalogu polskiej neopsychodelii. Tak wiele dzieje się w tym obszarze, że można nie zwrócić uwagi na składy bez głośnych nazwisk i labeli. Ale nie popełnijcie tego błędu, bo sporo stracicie.



rad


tagi: elektronika (161)  palmer_eldritch (1)  polskie (886)  post_rock (9)  psychrock (7)  recenzje (806)  trip_hop (3) 
komentarze