sprawdź koncerty cyklu tego slucham w Szczecinie

Merkabah – "A Lament For The Lamb"

0 22-09-2012 20:25

Warszawski zespół Merkabah od początku swego istnienia nie idzie na kompromisy, tworząc muzykę niełatwą i pokrętną, swobodnie żonglując przy tym różnymi konwencjami. Taka jest też „A Lament For a Lamb”, pierwsza długogrająca płyta grupy.

Formacja powstała w 2007 roku i początkowo funkcjonowała jako kwartet. Jej wczesna twórczość oscylowała wokół klimatów post-metalowych, wspartych elementami ambientu i dużą dawką improwizacji. Muzycy jednak chętnie eksperymentowali, próbując wyłamać się spod utartych schematów i konsekwentnie poszerzali różnorodność brzmienia oraz środków jego wyrazu. W 2010 roku w instrumentarium grupy pojawił się saksofon a ona sama rozrosła się i stanowi od tej pory dość nietypowy kwintet. Nietypowy gdyż oprócz grającej czwórki mamy tu także tak zwanego Video Jockey’a, czyli osobę odpowiedzialną wyłącznie za tworzenie wizualizacji na żywo, podczas koncertów.

Po dwóch nagranych Ep’kach i dziesiątkach występów (w tym między innymi na Openerze w 2010 oraz OFF Festivalu w 2011 roku), przyszedł czas na debiutanckie, długogrające wydawnictwo. "A Lament For The Lamb" to zaledwie 6 instrumentalnych utworów, całość stanowi jednak aż ponad 45 minut przedziwnej międzygatunkowej fuzji. Album otwiera przeszło dziesięciominutowy „Twelver”. Pierwsze pojawiają się mętne dźwięki saksofonu, które po chwili przybierają na sile i zostają uzupełnione przez ciężki gitarowy riff oraz linię basu, wyraźnie kojarzącą się z dokonaniami Tool. Dalej trafiamy na zaskakujące zmiany tempa i nastroju. Utwór na dłuższą chwilę przechodzi w spokojny, melancholijny jazz by potem znowu powrócić do cięższych, ocierających się momentami o metal, dźwięków i kakofonicznie wręcz brzmiącej tu partii dęciaka.

W drugim na płycie „Deconstruction Mass” mamy do czynienia z dominacją oszalałego saksofonu nad agresją gitar i łamiącą rytmy perkusją. W „Divine Times” i „The Tyburn Tree” zespół kontynuuje stylistyczne łamańce, wyraźnie bazując jednak na mathrockowych oraz industrialnych elementach. Zdecydowanie wyróżnia się króciutki, ambientowy, Tetrahedron. Ten zatęchły, spokojny utwór stanowi jednak tylko przerywnik i po niespełna trzech minutach słuchacz powraca do wrzasków rozhisteryzowanego saksofonu. „Occulation” bo o nim tu mowa to drugi na tej płycie tasiemiec. Ponad jedenastominutowa kompozycja jest w zasadzie jedną wielką improwizacją, w której pogmatwane psychodeliczne dźwięki przeplatają się z jazzowymi melodiami.

Merkabah gra muzykę z pomysłem, pełną energii i niespodzianek. Nie jest to jednak z pewnością muzyka łatwa w odbiorze. Te rozwlekłe, skomplikowane kompozycje odkrywają swój cały potencjał dopiero przy bliższym poznaniu. Z jednej strony wciągają i hipnotyzują słuchacza sprawiając, że trudno jest się od nich oderwać, z drugiej mogą natomiast przytłaczać. Kontakt z twórczością warszawiaków trzeba więc umiejętnie dawkować.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć o ciekawej graficznej stronie wydawnictwa, która tak jak i nazwa zespołu nawiązuje bezpośrednio do żydowskiego mistycyzmu. Wszystko to wymyślone, opracowane i precyzyjnie wykonane przez samych muzyków.


Merkabah w sieci:
Facebook

Piotr Samołyk

tagi: merkabah (2)  polskie (886)  recenzje (806)  rock (484) 
komentarze