sprawdź koncerty cyklu tego slucham w Szczecinie
Tre22 Tre22
Jak na razie to nasz jedyny materiał o Tre22

Tre22 – "Tomorrow Can Wait"

0 24-07-2013 15:18

To takie płyty powstają w Szczecinie?

No bo mieszkam tu i nie wiedziałem! No ale też wiedzieć nie mogłem, bo Tre22 swoje piosenki wydało jakoś po dekadzie od nagrania. Nie robiąc przy tym specjalnego szumu. (a płyta została nagrana w ...piekarni!)

Więcej wam powie kto tworzy Tre22 – Łukasz Banasik na gicie i wokalu (na co dzień mieszkający w Irlandii), Jacek „Budyń” Szymkiewicz (Pogodno) na basie i Mateusz Rychlicki (Kristen) na garach. Dla tych wciąż płaczących po śmierci Pogodna rzecz trafiła więc idealnie w czas. Ale nie oczekujcie typowo „pogodnego” materiału. Co to, to nie, co najwyżej oczekiwać możecie tej samej muzycznej nieoczywistości.

Pamiętacie jak zachwycaliśmy się ostatnią płytą Trupa Trupa? Tu znajdziemy podobne inspiracje, więc wszyscy, którzy pokochali tę płytę i "Tomorrow Can Wait" przyjmą z radością. Tre22 także prezentuje podobne zamiłowanie do charakterystycznego brudu w brzmieniu, do surowości w kompozycjach, pewnego pozornego nieładu.

Niby znajdziemy tu ot takie zwykłe, dobre piosenki, ale mają one w sobie silny jak cholera magnes. Tych 11 utworów to kawał rześkiego, alternatywnego, gitarowego grania, z korzeniami gdzieś tam na wyspach. Niby od niechcenia, z wyczuwalną dozą luzu, czy wręcz nonszalancji. Szczególnie w wokalu Łukasza, który śpiewa słabo, ale w stylistyce hałaśliwego bałaganu nawet tak mocno to nie przeszkadza.

Co mamy na płycie? Dużo, dużo dobrego. Sporo nieprostych, połamanych, ale chwytliwych melodii (tytułowy, przewrotny „Tomorrow Can Wait”), noise’owego rzeźbienia (dwa świetne instrumentalne surowiaki „PIN” i „PUK”), fajnych piosenek jak „I’s Cream” z ciekawie zaznaczonymi klawiszami czy „No string attached” (chyba najlepsza na płycie). Trio bez problemu tworzy zgrabne songi o sporym poziomie hałasu, chętnie zmienia tempa, łamie schematy, raz niby przygrywając indie rockowo, by za chwilę przypierdzielić niemal punk rockowo („Small town madness”). No i ten brud, który się lubi albo nie. Ja lubię, więc trochę bałaganiarski „Where is nothing” z charczącym basem przyjmuję z przyjemnością (choć tu wokal już mocniej przeszkadza). Gdzieniegdzie popachnie też psychodelicznym rockiem lat ’60, jak w „I don’t know”.

Wśród tych 11 kawałków jest jedna perełka, a właściwie fest perła, bo kobyła trwająca 10,5 minuty. To genialny utwór „Knock knock”, psychodeliczny, stonerowy, z eleganckim kwasowym tamburynem. Może to trochę na wyrost, ale gdyby „The End” nie trafiło pod „Czas Apokalipsy”, to ten kawałek mógłby go spokojnie zastąpić. To 10 minut kwaśnego, miarowego rozkręcania hałaśliwej hipnozy. Napięcie rośnie aż do obłędnego ściankowego finału. Pamiętacie taki zespół Ewa Braun? To ma coś z niego. To jest granie!

Ależ to jest fajna płyta. Niedoskonała, z pewnymi niedociągnięciami, ale cenię to wyżej niż nadęte, wymuskane produkcje. To trochę jak z Ronaldo i Messim, jedni wolą maszynę, inni piłkarski zefir. Współpraca tak wyrazistych muzycznych postaci musiała po prostu przynieść coś ciekawego.



Tre22 w sieci

rad
rad


tagi: alternatywa (298)  polskie (886)  recenzje (806)  rock (484)  tre22 (1) 
komentarze