sprawdź koncerty cyklu tego slucham w Szczecinie

Wovoka - „Trees Against the Sky”

0 01-08-2013 10:32

Wovoka poszukuje łącznika pomiędzy rock’n’rollem a korzeniami tej muzyki.

Raphael Rogiński staje się - ba, już jest - ekspertem od drążenia muzyki źródeł i wyciąganie jej na światło współczesności. Robi to też przecież w ramach Cukunftu i Alte Zachen. Teraz w kolejnym projekcie chyli czoła następnym muzycznym praźródłom (oczywiście nie sam, bo Wovoka to również: Mewa Chabiera, Ola Rzepka, Paweł Szpura oraz kilku znamienitych gości).

Zdradzę się już na początku – jestem tym albumem zachwycony do cna, pomysłem, brzmieniem, biegłością muzyków. Muzyką! Po pierwsze nie da się tego porównać z niczym co do tej pory mieliśmy na naszym polskim muzycznym poletku. Rock, ale jakiś korzenny. Folk, też gdzieś tam trochę, ale jakiś transowy. Blues, soul? Też, ale zupełnie nieoczywiste. Wiele inspiracji zaczerpniętych jest z zamierzchłych czasów, sprzed rockowej rewolucji – gdzieś z lat 20. i 30. Są i gospele w transkrypcji na korzenne, nastrojowe ballady, w których Mewa śpiewa swoim niskim, ochrypłym głosem. (może nawet trochę na siłę starając się nadać mu jak najbardziej „czarne” brzmienie). A zza tego głosu jak dzwon, nieśmiało wychylają się efemeryczne i o krystalicznej urodzie chórki Oli Bilińskej.


Ta płyta jest trybutem dla Wovoki, Indianina, twórcy „Ghost Dance”, obrzędu z pogranicza tańca i religii. Jeśli szukać indiańskiego transu, to na pewno w obłędnej solówce perkusji w „I know his blood can make me whole”. Zresztą co to jest za utwór! Potężne bębny podnoszą włosy na całym ciele, obszerne połacie improwizacji co chwila czymś zaskakują, a finał z saksofonem emanuje wręcz mistycyzmem. Równie wyjątkowy jest balladowy „The soul of a man" oraz “Lord I can't just keep from crying” z doorsowo powyciąganą gitarą.


Echa lat 60. znajdziemy w psychodelicznej balladce, pachnącej Jefferson Airplane, czyli "God moves on the water", choć ona również podszyta jest plemienną korzennością. "It's Nobody's Fault but Mine" znacie zapewne dzięki wersji Led Zeppelin. Sam utwór pochodzi z 1927 roku. W porywającej interpretacji Wovoki, bluesowa tradycja spotyka się z rockowym odjazdem. Powalająca rzecz. Płytę wieńczy king crimsonowy “ Bye and bye i'm goin' to see the king” z psychodelicznym syntezatorem.

Ta ekipa – bo personalnie przenikają się w kilku składach – ma patent na ożywianie przeróżnych tradycji muzycznych. I tym razem stworzyli dzieło unikalne, głębokie i intrygujące w wielu płaszczyznach. Pokazali, że współczesna muzyka, mimo kolejnych ewo- i rewolucji, wciąż tętni transem, rytmem i pulsem przodków.

Wovoka w sieci

rad


tagi: alternatywa (298)  polskie (886)  recenzje (806)  rock (484)  wovoka_ (3) 
komentarze