sprawdź koncerty cyklu tego slucham w Szczecinie

Heart & Soul – „Presents Songs Of Joy Division”

0 28-11-2013 20:35

Utwory jednej z najważniejszych grup w historii rocka - Joy Division, grane przez polską supergrupę, z udziałem niezwykłych gości. Co z tego wyszło?

Miał być tylko koncert w Węgorzewie w 2010 r. na 30-lecie wydania płyty „Closer”. Dwa lata później była już epka z Rykardą Parasol (tutaj o niej, tam znajdziecie też więcej o personaliach składu). Teraz przyszedł czas na efekt finalny, czyli longplay z udziałem wielu znaczących postaci polskiej sceny.

Fajnie, że nie jest to „the best of” Joy Division, bo nie trafiły tu wyłącznie najbardziej znane szlagiery. Jeszcze fajniej, że nie ma tu próby odegrania tych przebojów, lecz raczej zmierzenia się z nimi, wyciśnięcia z nich czegoś nowego. Nie wszędzie się to udało, ale niespodzianki są. Przede wszystkim powiodła się sztuka niełatwa – w nowych wersjach wciąż obecna jest neurotyczność, tajemniczość i schizofreniczny niepokój Curtisa i ekipy. Na bazie ich songów, najczęściej prostych i surowych, powstały doszlifowane do perfekcji, znacznie bardziej rozbudowane aranżacje, wzbogacone elektronicznymi efektami.

Największą metamorfozę przeszły utwory śpiewane przez kobiety, ze względów oczywistych – stalowy wokal Curtisa zastąpiony został eterycznymi głosami pań. Duszny, trip-hopowy „ The Eternal ” śpiewany przez Hanię Malarowską z Hanimala (warto czekać na ich debiut!) to wyjątkowo mocny punkt albumu i dla mnie osobiście największe jego odkrycie. „Dead Souls” z Belą Komoszyńską wypada bardziej przebojowo, w duchu twórczości Sorry Boys. Rykarda Parasol zaśpiewała „Decades” i to, że jej głos w nowofalowym zimnie odnajduje się idealnie, wiemy już dzięki wspomnianej epce. Tutaj znowu zachwyca mrocznym śpiewem, przebijającym się przez klawiszowe podkłady. Prawdziwa perełka.


Dwie piosenki śpiewa Łukasz Lach, który ostatnio sporo koweruje (z L.Stadt zaśpiewał amerykańskich pieśniarzy na płycie „You Gotta Move”). Jego niski i dostojny głos świetnie sprawdza się w repertuarze Joy Division – w rozedrganym „A Means To An End” i ciekawie pokombinowanym „Heart & Soul”. Rewelacyjnie wypada przy mikrofonie Olleck Bobrov w „Passover”, który z chropowatego surowiaka stał się bardziej depeszową elektroniką. Słynne „Transmission”, wykonane we współpracy z trójmiejskim The Shipyard przekonuje mnie z kolei najsłabiej, bo w lżejszej i bardziej melodyjnej wersji traci transową złowrogość.

To doprawdy wyśmienity album, pełen ciekawych pomysłów i smaczków. Nie chcę przesadzić, ale znalazłem tam wiele muzycznej perfekcji. Łączy w sobie świeżość nowego spojrzenia i fakt, że przecież utwory, które znamy lubimy najbardziej. Ale i tak ubolewam, że tak ogromny potencjał tej grupy nie został wykorzystany na autorskie utwory. Bo przecież i tak wciąż najlepiej włączyć Curtisa. Ale może to melodia przyszłości i „Presents Songs Of Joy Division” wcale nie jest końcem projektu Heart & Soul?

Heart & Soul w sieci

rad


tagi: heart_and_soul (2)  polskie (886)  recenzje (806)  rock (484) 
komentarze