sprawdź koncerty cyklu tego slucham w Szczecinie

The Freeborn Brothers – „The Freeborn Brothers”

0 18-12-2013 18:02

Najprawdziwsza muzyka Południa. Wszystko się zgadza – amerykańska muzyka, silnie zakorzeniona w country, wykonywana przez dwóch chłopaków z …Rzeszowa.

Jeśli myślicie, że country nad Wisłą to wyłącznie przynudzanie wąsatych kowbojów z Mrągowa, że to obciach i w ogóle nie fajnie, to dziś Was wyprowadzimy z błędu. Od niedawna mamy w kraju duet, który gra tę muzykę na znakomitym poziomie i który powinien przekonać również tych, co w country nie gustują.

Duet tworzą Matt i Niko. Możecie ich kojarzyć, bo to trzon The Jet-sons, czołowej polskiej formacji rockabilly i rock’n’roll, która w tym roku znacznie ograniczyła działalność. Już tam panowie przejawiali wyraźne ciągoty do muzyki amerykańskiej, bo obok rockabilly było w tym mnóstwo tanecznego elvisowego rockendrola, americany i country.

Jako The Freeborn Brothers wrócili do korzeni tej muzyki. Przedstawiają się jako dwuosobowa orkiestra, która wyraża się za pomocą wyjątkowo skromnego instrumentarium. Matt śpiewa, gra na gicie i tamburynie założonym na but, a Niko wali w bęben basowy, jednocześnie śpiewając i grając na banjo. Zgodnie z tradycją tej muzyki nie może się obyć bez tarki. A Niko zasuwa na niej elegancko, co widzieliśmy jeszcze u Dżetsonów.


Płyta liczy 12 utworów, które stanowią treściwą pigułkę muzyki amerykańskiego Południa. Spotykają się tu różne odcienie bluesa, czasami zupełnie korzennego, jak w ascetycznej balladzie „Oh Lord”, bardziej transowego („The Wind”) aż po blues punkowo-psychodeliczny „There is Nobody”. Nie brak motywów gospelowych i tradycyjnego country („Farewell”). Lecz większość tej płyty to mikstura rozpuszczającą zupełnie granice gatunków. Bluesowy feeling, countrowe zagrywki i punkowy wykop w jednym, w dodatku podsypany urokiem rokendrola. Matt i Niko we dwójkę potrafią porządnie rozpędzić swój mały wehikuł. Ostry gitarowy riff owijają fikuśne zagrania na banjo, a energiczną rytmikę wybija w iście punkowy sposób bęben („The Rain”, „Woried Mind”). I jeszcze te redneckie przyśpiewki i zawołania („I am About to Leave”)!

W „Sing me Some Blues” czeka z kolei niespodzianka, bo Matt śpiewa chwilę po polsku, co jest absolutnym wyjątkiem. A sam kawałek to również porcja czadowego rokendrola z uśmiechem w stronę Elvisa. Warto jeszcze wspomnieć o pijanym walcu na zakończenie, czyli „The Night I Die”, gdzie słyszymy też akordeon (tu wspólne inspiracje z Doorsami jak nic).

Razem z muzyką The Freeborn Brothers do głowy przychodzą wszystkie obrazy kojarzące się z dawnym amerykańskim południem, które doskonale znamy z amerykańskiego kina: rozpadające się furgony, pola kukurydzy, bujane fotele na werandach i osiłki w kapeluszach plujące tytoniem. Czujecie ten klimat?

Niejako obok Dżetsonów dostaliśmy nowy „produkt”, równie wartościowy, wypełniający niszę w polskiej muzyce właściwie nietkniętą. Pierwsza płyta TFBB to znakomita zajawka na więcej. I pewne jest, że ci goście zrobią furorę nie tylko w Polsce.

Ps: a na żywo jest jeszcze lepiej.

The Freeborn Brothers w sieci

rad


tagi: folk (192)  polskie (886)  recenzje (806)  rock (483)  the_freeborn_brothers (2) 
komentarze