sprawdź koncerty cyklu tego slucham w Szczecinie

Psychocukier – „Diamenty”

0 22-12-2013 18:19

Łódzkie trio powraca z czwartym albumem w swojej dyskografii, wydanym tym razem przez Nowe Nagrania.

Na dzień dobry z okładki spogląda na nas pobojowisko po niezłej orgietce. Jest dupa, są cycki, jest nawet samiec (na szczęście ubrany). Za to „kutas” znajdzie się już w środku, w sensie w tekście, na płycie…

To tylko pozorna kontrowersja - „Diamenty” nie są bynajmniej jakieś obrazoburcze. Zadowolą za to poszukujących w muzyce żywej energii, prostoty i sensownego hałasu. Styl Psychocukru nie uległ radykalnym zmianom. Choć sami określają go jako „Out of style”, to nadal tak naprawdę pozostaje fuzją krautrocka, rocka psychodelicznego i stoner rocka. Mieszanką mocno intensywną, w której co najwyżej pozmieniały się odrobinę proporcje składników.

Na 11 diamentowych ścieżkach Psychocukier zawarł kawał dobrego materiału, w który gładko wchodzimy dzięki otwierającej album „Mgle”. To instrumental miło podszczypujący duszę, niby takie nic, bo proste jak diabli – transowa praca sekcji rytmicznej i motoryczny riff gitary. Na tym patencie opiera się większość numerów, właściwie ich styl, ale nie ma mowy o nudzie.


Już drugi „Tonę w jeziorach” z warczącym basiwem i zadymioną gitarą po prostu wymiata. I jeszcze ten schizofreniczny tekst – coś między wyznaniem miłosnym, a dzikim pożądaniem nie utrzymanym na wodzy. I ten słodki gitarowy hałas przy 4 minucie. Gdyby jeszcze chłopaki umieli śpiewać, to byłaby miazga. No i perkusja, przecież! Wyśmienicie nadaje całości głębokiej i wciągającej transowości, a jak trzeba to i punkowego kopa.

„Dryfowanie” też jest bardzo spoko, ze ścianą sfuzzowanych dźwięków i basem wykuwającym hardo w głowie rytm i z jaskrawym noise’owym poszyciem. Nawet jak ograniczają się do pozornie banalnego łojenia to cieszą ucho („Tajemnicza wyspa”).

Co dobrego jeszcze? Sunący ciężkim riffem blaksabatowy „Żeglarz” z zupełnie nieprzystającym do tego słabym wokalem. Tam pod koniec dzieją się cudne rzeczy. Bardziej wyważone „Zło niesie wiatr” pachnie ewidentnie Ścianką (jak i "Mgła"), a ociężały stonerowy „Czas” podnosi wokalny poziom albumu.

Singlowy „Diamenty” (pod zmienionym tytułem „Dom”) początkowo mnie nie przekonał. Wydawał mi się jakiś pretensjonalny (ba, nawet przez niego nie chciałem do płyty zaglądać!), ale kurde, przecież to jest psychodeliczno-punkowy żar. Polubiłem. Nawet 1-zdaniowy tekst teraz pasuje jak trzeba.

Końcówka jest wyjątkowo mocna. „Ty” z kakofonicznymi dźwiękami rozpędza się do wyjebistego amoku przesterowanej gitary i do szaleństwa trzech instrumentów w ogóle. „Nie mam nic” to również ściana gitarowego hałasu i wreszcie fajnie brzmiący, pełen werwy wokal. Na koniec luzujemy tempo w spokojnie zaimprowizowanej „Lagunie”.

Jestem pod dużym wrażeniem tego albumu, choć jak wspomniałem, miał początkowo u mnie pod górkę. To gruby kęs rockowej improwizacji, polanej kwachami i przysypanej brudem. Respekt też dla Mikołaja „Noona” Bugajaka za kapitalne brzmienie. No i cóż… Polski rock ma się ostatnio wyjątkowo dobrze. Psychocukier ma się dobrze. Oni naprawdę wiedzą do czego służą wzmacniacze.



Psychocukier w sieci

rad


tagi: polskie (886)  psychocukier (1)  recenzje (806)  rock (484) 
komentarze