sprawdź koncerty cyklu tego slucham w Szczecinie

Merkabah – „Moloch”

0 29-04-2014 17:58

Wariaci powracają z drugą płytą.

Za sprawą debiutu Merkabah stał się oczkiem w głowie zakochanych w yassowych hałasach. Granie na absolutnie światowym poziomie, równie szalone co precyzyjne, równie improwizowane co zaplanowane (i to z matematyczną dokładnością). „A Lament For The Lamb” już weszło do kanonu takiego grania nad Wisłą. W tym roku grupa zmierzyła się z wyzwaniem, jakim jest druga płyta.

Trzeba zacząć banalnie – od tego, że Merkabah nie zmienili stylu, trzymają się rozwiązań sprawdzonych na debiucie. Ciężkie, ciemne, instrumentalne brzmienie przepełnione rozwlekłymi psychodelicznymi motywami, całą paletą noise’owych kanonad, perkusyjnej demolki, dopełnione wariacjami nieusłuchanego saksofonu. Trudna, wymagająca muza, żaden tam weekendowy wypad za miasto – zmagania z rytmem, hałasem, granicami dźwięków, jakie można wycisnąć z dętego. „Moloch” zgodnie z tytułem brzmi wybitnie ciężko, przytłaczająco i tylko wyobrazić sobie można jak to wrażenie potęgują wizuale, z którymi zespół koncertuje.

O ile ogólnie twórczość Merkabah można określić jako trudno dostępną, o tyle pierwsza część płyty to zupełne tego wyżyny. W pierwszych kompozycjach zamykają się w swoim świecie, zupełnie tracąc z punktu widzenia słuchacza. Im dalej – począwszy od intrygującego „Hilasterion cont” - tym robi się bardziej przystępnie. Utwory mają wyraźniejsze motywy przewodnie („Lille Vies Ager”), wciąż jednak z licznymi i rozbudowanymi dygresjami. Posępny „King” brzmi jak warkot monstrualnego owada, a zespół rzuca nas na przemian w ramiona melodii i kakofonii. Znakomicie prezentuje się „Lille Vies Ager” z powykręcanymi riffami, marszowym przejściem i liryczną – jak na standardy Merkabach - partią saksu i wreszcie z głośnym, obłędnym finałem. Dwa ostatnie numery „The Grapes (...) Are Filling And Growing Heavy” i “Ah! Ca-Ira” to więcej yassu i jeszcze więcej hałasu oraz zwariowanych krzywizn. Piękny finał.

Po spędzeniu z „Molochem” prawie godziny człowiek czuje się ołowiany, jakby wskoczył w ubraniu do wody. Ten album przytłacza. Ciężarem, ilością zwrotów, połamanych rytmów i zaskakujących przejść. Go się nie słucha, przez niego się przedziera, jak z maczetą - w poszukiwaniu melodii i spokoju. A najpiękniejsze tutaj jest to, że samo wejście w chaszcze na pozór chaotycznych dźwięków stanowi przyjemność samą w sobie.



Merkabah w sieci

rad


tagi: jazz (92)  merkabah (2)  polskie (886)  recenzje (806)  rock (484)  yass (7) 
komentarze