sprawdź koncerty cyklu tego slucham w Szczecinie

Martim Monitz - Martim Monitz EP

0 03-05-2014 17:14

Poznaniacy z Pomorza Zachodniego z debiutancką epką.

Spoko, wszystko się zgadza, nie mam lufy z geografii. Panowie mieszkają w Poznaniu, a przybyli tam z północy, gdzie wcześniej tworzyli grupę Ciastko.

Jako Martim Monitz grają od 2012 roku. Nazwa to trochę zniemczona godność pewnego portugalskiego rycerza, który kiedyś tam zginął śmiercią kamikadze żeby pomóc kolegom. No nie ważne. Ważne, że trzech przyszywanych Poznaniaków gra punk rocka. Ale nie takiego z prostą naparzaną i darciem mordy. Znaczy, darcie jest, ale takie jak trzeba. Ich punk to w rzeczywistości mieszanka, na którą olbrzymi wpływ mają ich wcześniejsze doświadczenia – basista i gitarzysta grali wcześniej muzę improwizowaną z okolic jazzu, a perkusista ma na swoim koncie solowe wydawnictwo w klimacie łamanej elektroniki. W efekcie cztery premierowe numery Martim Monitz to mieszanina post punka, nowej fali i noise’u. Mało kawałków, to skoczymy po kolei.

Najciekawiej jest na dzień dobry. W otwierającym „Pogrzeb Clinta Eastwooda” przedwcześnie zapraszają do piachu dziarskiego ex-kowboja. I robią to tak, że nawet go nie szkoda. Gęste kłęby noise’owych oparów rozgania odpalona z furią gitara, do której szybko doszlusowuje sekcja. Jest agresywnie i brudno. Czyli dobrze. Kiedy zaczyna się krzyk… w stylu legendarnej (tak tak) kapeli Krzycz robi się już wyśmienicie. I co z tego, że tekst to tylko imię i nazwisko weterana Hoollywood z dodatkiem słowa „zdechł” (jeśli dobrze zrozumiałem). Kawałek w dechę, aż wspomniałem ostatnią płytę [peru].

Potem jest trochę mniej agresywnie. W „Zimowej opowieści” wokal już wyraźnie deklamuje teksty, a siarczysta energia punk rocka ustępuje miejsca jęczącej noise’owo gitarze. Wciąż dają o sobie znać doświadczenia z przeszłości – pojawiają się zmiany rytmu, aż po wejście w nowofalowe klimaty. Kawałek już tak nie porywa, ale nie wypadamy z odpowiedniego nastroju. „Age Fitness” zaczyna się pierwszorzędnie – agresywna gitara, za chwilę chłosta basem o hardości stali. Noise punk jak się patrzy, w dodatku z posmakiem zimnofalowego chłodu. I jeszcze więcej gitarowego hałasu! O to to! Chcemy więcej! Na koniec najbardziej stonowane „Karetki”, co nie znaczy, że będziemy się nudzić.

Epka jest przedsmakiem czekającego na wydanie 10-utworowego długograja. No i cóż, zapowiada się, że może być więcej niż ciekawie. Demo pokazuje nam zarys pomysłu Martim Monitz na siebie. Ci co lubią ujadające, a nie plumkające gitary niech zacierają ręce. Można by trochę popsioczyć, że wokalnie może bez szału, ale kurde, to jest punk, to jest noise, nie lubimy tu ładnych, grzecznych i nucących chłopców. A o płycie damy znać.



Martim Monitz w sieci

rad


tagi: martim_monitz (2)  polskie (886)  punk (167)  recenzje (806)  rock (484) 
komentarze