sprawdź koncerty cyklu tego slucham w Szczecinie

Raphael Rogiński: pozytywny brak moralności

0 14-07-2014 09:59

Z jedną z najważniejszych postaci polskiej alternatywy, gitarzystą, liderem takich zespołów jak Cukunft, Alte Zachen czy Wovoka, Raphaelem Rogińskim spotkaliśmy się w Szczecinie przy okazji koncertu Alte Zachen na Festiwalu Spoiwa Kultury. Była chwila, żeby dłużej pogadać…

TegoSlucham.pl: Spotykamy się w Szczecinie, dzień po waszym (Alte Zachen) występie na LADO w Mieście, które w tym roku zbiega się z 10-leciem LADO ABC, oficyny, którą współtworzysz. Jak patrzysz na LADO przez pryzmat tych 10 lat?

Raphael Rogiński: LADO jest tak naprawdę tylko częścią czegoś większego, bo spotkaliśmy się jakieś 12-15 lat temu. To przyjaźń. Zakładaliśmy je z założeniem, że ma być pomocą dla muzyków w wydawaniu płyt. Samemu wtedy ciężko było cokolwiek zrobić. Dzięki LADO ktoś może pomóc ci zrobić okładkę, mastering itd. To znacznie większa grupa osób, niż sami muzycy. Od tego czasu wszystko robimy sami, bez pieniędzy. Zrzucaliśmy się na przykład na płyty zespołów, które akurat miały mniej kasy. Nasze grono szybko się powiększyło o grupę szczecińską, bydgoską. Dla mnie najważniejsze jest właśnie to, że jesteśmy przyjaciółmi. To chyba rzadka rzecz, że udało się zbudować coś trwałego, szczególnie w Polsce, gdzie problem z ego, frustracją jest powszechny.

TS: Wczoraj Warszawa, dzisiaj Szczecin. Z taką ilością składów, które masz, Twoje życie – poza tym, że mieszkasz w różnych miejscach świata – to chyba ciągłe bycie w trasie?

RR: Staram się być ciągle w ruchu, nawet jak nie gram. Bycie muzykiem to według mnie powrót do nomadycznego trybu życia. Nie wierzę w kulturę tworzoną w jednym miejscu. To nie te czasy. Jestem wyznawcą Williama Blake’a, ale nie widzę możliwości, aby praktykować kult jednego miejsca, tak jak on to robił w przypadku Albionu. Ale jego poezja wpływa na mnie bardzo mocno, dla mnie to także poezja drogi – poszukiwaniem tego miejsca, ale ze świadomością, że go nie znajdę lub zatrzymam się na jego granicy jak Mojżesz. Ważne dla mnie jest tworzenie nowych map, nowych społeczności. Przyjeżdżam na pustynię w Izraelu, czy do Kalifornii i wiem kto tam jest, mogę tam grać, nagrywać i muzycznie komentować współczesność.


TS: Pod względem muzycznym podróże dużo Ci dają?

RR: Oczywiście. Uczę się innych tradycji, poznaję ludzi, którzy grają w zupełnie innych sposób, mają inne podejście do muzyki. Uwielbiam spotykać się i grać z ludźmi z Afryki. Dla nich sięgnięcie po instrument to jak podłączenie dodatkowego organu do organizmu. Od wszystkich się uczę i może czasem nawet muzyka może być na końcu, ale ucząc się bycia częścią kosmosu życia, wzbogacam ją i jestem godzien ją praktykować.

TS: W takim trybie życia masz czas na standardowe „miejscowe” próby, spotkania kilka razy w tygodniu, tak jak funkcjonuje większość zespołów?

RR: Tak. Nie wszyscy wiedzą, że Wovoka zanim pokazała się publiczności, przez jakiś rok grała próby. Nie tylko szukaliśmy brzmienia, ale chcieliśmy być godnymi grania tej muzyki. Byliśmy wtedy wszyscy w bardzo opłakanym stanie i tak naprawdę leczyliśmy się tą muzyką, a wyszedł z tego zespół. Co ważne – uleczyliśmy się, czego dowodem mam nadzieje jest to, jak gramy. Muzyka, którą gramy jest szczera, do bólu ludzka. To mała część soundtracku przygotowywanego w różnych zakątkach świata do rewolucji mistycznej.

TS: Muzyka dla ciebie jest sprawą numer jeden w życiu. Podporządkowujesz jej wszystkie decyzje: życiowe, towarzyskie?

RR: Zdecydowanie. Życie rodzinne to bardzo trudna sprawa w przypadku muzyków. To jest tak, że wpadasz w trans, grając siedem dni, na przykład z Wovoką i masz wracać do domu, budować normalne życie. To jest praktycznie niemożliwe lub okupione bólem, który trudno nawet zdefiniować. To jest jak bycie nomadem – w podróży kąsają cię lwy, grzechotniki, tak samo jest w muzyce. To niebezpieczna droga i łatwo się na niej zapaść. To nie jest dziwne, że ludzie za dużo ćpają i piją będąc muzykami. Nie mówię tu o jakichś zjebach pijanych, tylko o ludziach wrażliwych. Są to takie emocje, że im głębiej wchodzisz, tym więcej ich jest, i musisz jakoś je rozładować żeby pójść kupić gazetę w kiosku. Trzeba mieć mocny charakter żeby grać muzykę, prawdziwą muzykę. Jednak to co dostajesz w zamian…


TS: Wiesz w ogóle ile masz swoich projektów?

RR: No nie wiem teraz, ale zawsze wychodzi tak, że mam około 10, których jestem liderem.

TS: Uchodzisz za muzyka, który chętnie łamie granice. Skąd to u Ciebie?

RR: To przyszło naturalnie, bo wychowałem się w rodzinie żydowskiej, a właściwie w mafii żydowskiej, we Frankfurcie nad Menem lat ‘70 i 80'. W regularnej mafii z wielkim stylem. I dla mnie było naturalne swobodne traktowanie tej kultury, nie opłakiwanie. Choć przecież obciążona ona była niezwykłą traumą. Mój wujek był ofiarą Mengele; to cały czas było koło mnie, ale ci ludzie mieli kapitalne poczucie humoru, którym mnie zarazili. Tak samo zarazili mnie pozytywnym brakiem moralności – mogłem wszystko zrobić z tą kulturą, bo żyłem w tym świecie. Dzięki temu nie mam żadnych granic, gatunkowych, jakichkolwiek.

TS: Ale dostrzegasz je? Łamiesz je z premedytacją?

RR: Czasem widzę. To się siłą rzeczy staje z premedytacją, bo to ludzie tworzą granice, uwielbiają je. Miałem ostatnio ciekawą historię. Podszedł do mnie pewien gitarzysta, poruszony moim koncertem. I pyta się – Boże drogi, jak ty osiągasz te brzmienia? A ja je uzyskuję tak, że wkładam na przykład kartki, spinacze między struny i brzmi to trochę jak z instrumentów afrykańskich. Na co on – łe, kartki? E, to nie, i poszedł. Ale wracając do pytania – nie mam się za jakiegoś rewolucjonistę, ja gram stare rzeczy. Choć gram je dzisiaj, ale wciąż mam kontakt z przodkami, to jak praca medium. Są różne zapomniane historie i to jest właśnie moja rola. Rewolucja mistyczna to powrót do tego co zakopaliśmy lub utleniliśmy. Powrót oznacza też, że żyjemy dziś, to nie jest archeologia.

TS: Jakie były twoje początki z gitarą? Z muzyką. Jako młodzieniec nie chciałeś być gwiazdą rocka? Bo dziś grasz wymagającą muzykę.

RR: Byłem absolutnym ortodoksem muzyki lat ’60. Dla mnie po roku 1974 nie było muzyki, poza drobnymi wyjątkami w stylu Dead Can Dance. Lubiłem na pewno 4AD. Ale nie znosiłem zespołów typu Pearl Jam, Soundgarden. Dla mnie to było słabe, choć na przykład lubiłem Nirvanę. Przełomowa dla mnie było płyta Johna Lee Hookera. To przez nią zaczynałem; na początku od grania prymitywnego bluesa, ciągle też jako dzieciak podrabiałem Hendrixa. Zawsze bardzo ważnym elementem u mnie była improwizacja bo jest ona naturalna dla każdej kultury.

TS: Pamiętasz coś wyjątkowo mocno z tamtych czasów?

RR: Tak. Pamiętam moją pierwszą próbę. Leciał unplugged Neila Younga w telewizji, jestem z gitarą marki Tosca, z fabryki mebli, taką z paździerza. Zadzwonili koledzy, że mamy próbę. To było dla mnie jak objawienie – zapakowałem gitarę i 20-kilogramowy wzmacniacz i zaniosłem to do pociągu, którym pojechałem kilka stacji dalej. Z emocji nawet nie czułem tego ciężaru. Zaczęliśmy grać, rozkręciliśmy delaye, zdemolowaliśmy mieszkanie. To co graliśmy, to była taka dużo bardziej radykalna pierwsza płyta Pink Floyd w brzmieniu. To było coś totalnie nieokiełznanego, ślepy gigant rozwalający wszystko po drodze, są nawet nagrania z tego, marzę żeby to kiedyś wydać. Jest na przykład sesja jak gramy na dworze improwizację do gejowskiego filmu porno z lat ’70. To było szalone, sesje LSD, ktoś strzelał ze ślepaków żebyśmy przestali grać, policja, uciekanie nago, futra, potargane włosy...


TS: W twojej twórczości można znaleźć całą masę różnych stylów, tropów. Mają one jakiś wspólny mianownik?

RR: Na pewno każda z nich przywołuje jakąś tradycję. Ale to nie jest muzealna praca, nie ma pokazywać „tak było”. Ma pokazywać, „tak jest” – weźmy to co było i idźmy z tym dalej.

TS: Czujesz silny kontakt z tym co było?

RR: Można powiedzieć, że obcuję z duchami. Ze szczerymi prądami w muzyce, naturalnymi jak ziemia i niebo. Gdybym miał się dookreślić, to jestem neo-, czy po prostu poganinem lub bardziej praczłowiekiem. Zawsze najważniejsze jest dla mnie, żeby czuć się jak takie pierwsze pokolenie; wytwarzasz muzykę z dziury w ziemi, na patyku. Wszystko cię dziwi – trzeba nie tylko siedzieć przy ognisku, ale zainteresować się, co jest za pobliskim wzgórzem, może tam warto pójść się osiedlić. Najważniejsze to żeby ciągle być u źródeł człowieczeństwa.

TS: Masz czas żeby słuchać muzyki na co dzień?

RR: Jasne, ciągle dużo słucham, zbieram płyty. Na przykład moje spotkania z Pawłem Szpurą, z którym gram już 20 lat, to przede wszystkim wspólne słuchanie muzyki. Jakieś youtuby, deezery itd. Obczajamy różne blogi, gdzie ludzie zgrywają czarne płyty, wymieniamy się tym. Non stop słuchamy. Nie ma muzyki bez słuchania innych. Uczysz się i wiesz, że nie jesteś sam.

TS: My zajmujemy się głównie polską muzyką. Jej też słuchasz? Masz swoje ulubione polskie zespoły?

RR: Księżyc to zespół, który na mnie mocno wpływał. Słyszałem ich jako młodzieniec bez wąsów i zmienili moje życie. Cała wytwórnia Obuch to wtedy było coś niesamowitego. Na pewno pierwsze Paristetris było dla mnie objawieniem. Uwielbiam Enchanted Hunters, gra na gitarze Gosi to dla mnie totalna tajemnica, ma niesamowity warsztat. Drekoty, mojej przyjaciółki Oli Rzepki to coś bardzo stąd. Kristen jako osobowości. Marcin Masecki którego miałem szczęście widzieć w metamorfozie. Robi wspaniałe rzeczy. No i oczywiście stare rzeczy, Konieczny czy Mannam pierwszy…

TS: Jak z perspektywy wielu twoich zagranicznych podróży, także muzycznych, oceniasz polski światek muzyczny, scenę niezależną?

RR: W Polsce dzieje się więcej niż w którymkolwiek państwie europejskim. Jest wiele ciekawych środowisk, sama scena działa bardzo prężnie, choć nie wszystko mi się w niej podoba. Na przykład kopiowanie zachodnich hipsterskich zespołów. Ale to jest problem całego świata. Problemem jest też często zwyczajne lenistwo. Dotacyjność kultury je pogłębia. Tak czy inaczej wiem, że jest to czas, gdzie dawne ośrodki tracą na znaczeniu i powstają nowe. Polska na pewno rozgrywa teraz coś ważnego.

TS: Ostatnio z Wovoką graliście na Bałkanach. Jak wspominasz tę trasę?

RR: To była wielka rzecz. Zagraliśmy kilkanaście koncertów, znakomicie przyjętych, tym bardziej, że oni mają silną tradycję rocka psychodelicznego z lat ’60. Mieliśmy bardzo dużo ludzi na wszystkich koncertach. W Belgradzie ludzie śpiewali z nami, młodzi dośpiewywali refreny, niesamowite. To był jeden z piękniejszych wyjazdów w moim życiu. Na Bałkanach emocjonalność w stosunku do koncertów jest taka, jaka u nas była pod koniec lat ‘90. Ludzie żyją muzyką, walą na koncerty. Czuć tam natchnienie, takie pionierskie emocje, budowanie z różnych kultury, parcie do przodu. Tam się rodzi coś bardzo ważnego. Wiesz, że pierwsza kawiarnia na świecie powstała w Belgradzie? Ta tradycja jest tam ciągle żywa. Będziemy współpracowali z tym regionem na stałe, tak aby tam często grać.


TS: A jak wyglądają Twoje najbliższe plany?

RR: Zaczęliśmy nagrywać drugą płytę Wovoki, która już powstaje. Będzie trochę mocniejsza, ale nie będzie to inna muzyka. Będzie premiera Shy Albatross, to mój zespół z Natalią Przybysz, z moimi utworami do archiwalnych tekstów dotyczących kobiety, postrzeganej z różnych perspektyw. Są kreolskie wiersze, irlandzkie… W planach jest także kolejna płyta Alte Zachen, tym razem turecka, ale to wciąż jest w fazie planów. No i przede wszystkim moja solowa płyta z interpretacjami Coltrane’a – ważny dla mnie materiał, który jest już nagrany i czeka na wydanie. Również ważna dla mnie jest współpraca z poetą z Sengalu Goo Baa, który pisze przepiękną muzykę. No i cała masa tego czego teraz nie wiem.

TS: O czym jeszcze marzysz, jakie projekty żyją w Twojej głowie?

RR: Wciąż silnie związany jestem z kulturą Jemenu i chcę grać muzykę jemeńską. Na pewno bardzo bym chciał grać z muzykami z Mauretanii. Chcę pomieszkać w Mostarze w Bośni i zrobić zespół z sewdalinkami – romansami bośniackimi. Mam do tego ludzi, wszystko jest, tylko jechać i grać. Tylko to potrzebuje czasu. Z Alte Zachen od pomysłu do grania minęły dwa lata, z Mewą (Mewa Chabiera, wokalistka Wovoki) podobnie, jak rozmawialiśmy o czymś takim jak Wovoka, minął rok zanim zaczęliśmy grać. Zamierzam teraz skupić się na rzeczach bardziej stałych, na tworzeniu zespołów, a nie projektów, więc pewnie ich ilość się zmniejszy.

TS: Niedawno ukazała się ciekawa książka pt. „Niewietrzone Miasto”, opisująca bydgoską scenę w okresie przełomu internetowego. Chciałem podpytać jak Ty wspominasz czasy bez Internetu, w kontekście pokazywania swojej muzyki, organizowania koncertów. Jak oceniasz zmiany, które nastąpiły.

RR: Pamiętam, że wysyłało się smsy. No i plakaty. Wówczas kultura plakatów była niezwykle rozwinięta, z niej Macio (Maciej Moruś) przecież wynika, jako grafik. Jeździło się do Warszawy z Podkowy, jakieś 25 km i patrzyłeś gdzie co jest. Wydaje mi się też, że kiedyś koncerty były bardziej performance’ami. Wspominaliśmy niedawno koncert w pierwszej galerii Raster. Graliśmy w pięć osób i wszyscy siedzieli na kanapie, łącznie z perkusistą. Niby nic, ale wtedy ciągle coś takiego się działo.

TS: A jak z pokazywaniem swojej muzyki?

RR: Było znacznie trudniej. Wtedy nie szło nawet nagrać płyty. Pierwsze wydawnictwo Cukunftu to był CD-R. Pamiętam, że sprzedawaliśmy je we Francji za jakąś kupę kasy, jak teraz zespoły z północnej Afryki. Dziś jest zdecydowanie łatwiej wydać płytę. Bardzo ważne jest też to, że jadąc autem mogę w każdej chwili sięgnąć po muzykę, z deezerów, spotify, youtube. Dzięki temu można cały czas się uczyć. I to jest ważne, żeby się uczyć, a nie wegetować w tej obfitości. Większość ludzi jest za bardzo nażarta. Martwi mnie też fakt, że zanika u młodych jakiś generalny bunt. Są dzieci z brodami, z tatuażami, ale wszystkie są takie same. Myślą, że są radykalni, może w ogóle nie myślą, nie wiem. Ale prawdziwy radykalizm zanika. Tak czy inaczej jestem bardzo pozytywnie nastawiony. Wiem, że coś się zbliża i będzie to inne niż zawsze.

Rozmawiał:
rad


tagi: folk (192)  przybliżamy (144)  raphael_rogiński (1)  rock (483)  wywiad (24) 
komentarze