sprawdź koncerty cyklu tego slucham w Szczecinie

Martim Monitz – „Martim Monitz”

0 05-02-2015 09:32

Najlepszy dzień masz już raczej za sobą...

To krótkie zdanie dobrze opisuje debiutancki album Martim Monitz. Bynajmniej nie pod względem formy zespołu. Bo choć panowie z MM nie będą mieli znów po naście lat, to właśnie przeżywają drugą muzyczną młodość. Odzwierciedla za to wyjątkowo mało optymistyczne przesłanie płyty.

Rok temu wyszła epka. A kiedy Martim Monitz grali w Szczecinie w ramach naszego cyklu muzycznego – a było to jakoś latem 2014 - wcale nie było pewne, że długograj się ukaże. Wreszcie w styczniu tego roku nakładem Anteny Krzyku pojawił się pełnoprawny album, wydany na placku (a nawet na dwóch jego wersjach) i na cd. Znajdziemy na nim sześć premierowych kawałków oraz czwórkę z epki. Ale dopiero w takim zestawieniu materiał wydaje się domykać w spójną całość.

Martim Monitz brzmi tutaj archaicznie. W jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu, czyli bezkompromisowo, prosto, głośno… i niedoskonale. To jest punk, to jest nojz, to nie rurki z kremem. Tempa tu nie są zbyt szybkie, post-hardcore’owo skumulowana energia nie potrzebuje gnać. Nie ma tu dopieszczonych brzmień, nie ma ładnych wokali, nie ma bogatych aranżów. Tych dziesięć kawałków to punkowy wypierdol, post punkowy chłód sekcji rytmicznej, ściany gitar o surowych przestrach i teksty, z których wieje defetyzmem i chujowizną dnia powszedniego (co genialnie oddaje okładka). To głośne piosenki dla niewesołych. Ulubionym motywem tekstów Piotra Szczepańskiego jest destrukcja… no przynajmniej powolna dekompozycja. Otwierający płytę „Clint Estwood” zdechł. W drugim kawałku „Zimowa opowieść” Piotr śpiewa: „witaj z planety chujowego dnia […]. Domy niech się zawalą, ludzie niech się nie znają, dzieci niech się nie rodzą, drogi niech nie prowadzą”. Jedziemy dalej. Utwór numer trzy: „Najlepszy dzień masz już raczej za sobą”. Miło, prawda? A to sam początek płyty. I w takim nastroju tkwimy po ostatni numer. W tym świecie nawet woda nie daje orzeźwienia, lecz przytłacza ciężarem.

Album MM pachnie latami 90, kiedy taka muzyka była na topie, o niej się rozmawiało, a na koncerty waliły tłumy. Dziś już mało kto tak gra, dlatego Martim Monitz u wielu osób może wywoływać pewną nostalgię. Najważniejsze jednak, że jest to zwyczajnie dobry materiał. Depresyjny aż serce rośnie.



Martim Monitz w sieci


rad


tagi: martim_monitz (2)  punk (167)  recenzje (806)  rock (484) 
komentarze