sprawdź koncerty cyklu tego slucham w Szczecinie

Warsaw Afrobeat Orchestra - „Wendelu”

0 15-04-2015 12:22

Czarna, korzenna energia ciągle w cenie.

Afrobeat, gatunek powstały z połączenia nigeryjskiej tradycji z highlifem, funkiem i jazzem, swoją karierę zaczął niemal pół wieku temu w lokalnych klubach Lagos. W dość szybkim czasie, ów elektryzująca mieszanka, zdobyła sobie sławę poza kontynentem afrykańskim, stając się najpopularniejszym stylem, który na światowe sceny trafił wprost z Czarnego Lądu. Ognisty groove i rebeliancka energia emanujące z tej muzyki, stanowiły napęd nie tylko dla zaangażowanych, czarnoskórych artystów, ale i dla wielu poszukujących składów postpunkowych. Zresztą afrobeat inspiruje do dziś. Również u nas znalazł swoich wyznawców, o czym świadczy premierowy album Warsaw Afrobeat Orchestra, pierwszej (i jak sami mówią – jedynej) tego typu, rodzimej formacji. Grupa zwróciła na siebie uwagę przed dwoma laty, małą płytą, zawierającą trzy utwory. Zespół został również szybko dostrzeżony za Wielką Wodą. Amerykanie z wytwórni Ubiquity Records, najpierw wydali winylową epkę „Only Now”, a całkiem niedawno wspomniany wyżej debiut.


Płyta kipi energią już od pierwszych dźwięków. Zwracają uwagę przede wszystkim rewelacyjne partie instrumentów dętych, ale też perfekcyjna praca sekcji rytmicznej i wspaniale zestrojone z całością trzy kobiece głosy. Nad materiałem unosi się duch Feli Anikulapo Kutiego, nie tylko ojca i ikony afrobeatu, ale i jednego z najważniejszych artystów afrykańskich ubiegłego wieku. Zgodnie z tytułem wydawnictwa, oznaczającym w senegalskim dialekcie wolof wędrowca, grupa nie trzyma się kurczowo jednego stylu, czerpiąc z rozmaitych, głównie jednak czarnych źródeł. Majestatyczne, polifoniczne pieśni, rodem z autentycznych, plemiennych ceremonii, zderzają się tu z gorącym funkiem, a słodkie soulowe melodie, okraszone zostają szczyptą psychodelików. Mamy też na płycie ukłon w stronę Jamajki: „No Such Thing”i „Let It Flow” to rasowo brzmiące reggae, z pięknymi harmoniami wokalnymi, pomysłowo zaaranżowanymi dęciakami i korzennym pulsem. Świetnie wypada, znany z singla „Only Now”, mogący się kojarzyć z dokonaniami szwedzkiej grupy The Goat – to samo połączenie muzyki afrykańskiej z rockową ekspresją w idealnych proporcjach. Zwraca też uwagę płomienny „Close To Far”, nagrany z gościnnym udziałem Mammadou Dioufa. Zresztą całego materiału słucha się z przyjemnością. Transowa gitara niesie ze sobą echa pustynnego bluesa, a oldskulowe brzmienie klawiszy przenosi nas na parkiety alternatywnych dyskotek lat 70. Gdzieś zabrzmi fraza retrojazzowej trąbki, gdzieś indziej etniczne bębny wprawią ciało w ruch. A wszystko to składa się na bardzo kolorową, żywą i dynamiczną mozaikę.

Muzycy tworzący zespół, wywodzą się z takich grup jak choćby Żywiołak, Village Kollektiv, Elvis Deluxe czy Kochankowie Gwiezdnych Przestrzeni. Doświadczenie wyniesione z tych składów zaprocentowało: Warsaw Afrobeat Orchestra na swoim debiucie jawi się jako bardzo sprawna maszyna generująca korzenną energię. To muzyka pełna słońca i przestrzeni, ekstatyczna i transowa, która zachwyci nie tylko fanatyków afrykańskich brzmień. Warto dać się jej porwać.

Tutaj można posłuchać całego koncertu w Czwórce.

Warsaw Afrobeat Orchestra w sieci



Senior Cartero


tagi: folk (192)  polskie (886)  recenzje (806)  reggae (122)  rock (483)  warsaw_afrobeat_orchestra (2) 
komentarze