sprawdź koncerty cyklu tego slucham w Szczecinie
12-09-2014
NEWS: Potęga smyczków - Vołosi w Szczecinie
Jedna z najciekawszych polskich grup folkowych – Vołosi, zagrali w czwartek 4 września w Szczecinie. Jak było?

Vołosów już znaliśmy dzięki ich pięknej płycie „Wołosi i Lasoniowie”, o której pisaliśmy w 2012 roku. A pisaliśmy w samych superlatywach. Nie mogło być inaczej – ten krążek to „monument nie tylko polskiej muzyki, ale również muzyki całej Europy Środkowej”.

Konfrontacja z ich twórczością na żywo nie tyle potwierdza tę opinię, co ją pogłębia. A zaczyna się niewinnie. Wizualnie w ogóle można się zrazić. Pięciu wcale już nie tak młodych jegomościów wyginających się do siebie ze smyczkami w dłoniach. Na scenie pusto. Gdzie perkusja? Co tam ma brzmieć? Pewnie zaraz zaczną smęcić muzyką klasyczną.

Ha, a po co perkusja? Jak ci panowie ze smyczków wyciskają takie emocje, że nie trzeba im nic więcej. Ich potęga tkwi w koronkowych, wirtuozerskich aranżacjach, piętrzących się skrzypkowych solówkach i niebywałej wrażliwości. Kiedy grają rzewną balladę to robią to tak, jakby grali ostatnią piosenkę w życiu. Delikatnie, z namaszczeniem i w pełnym skupieniu.

Zgromadzona publiczność – jak już w poprzednich relacjach z festiwalu wspominaliśmy – nie do końca muzyczna, bo po części tenisowa, została kompletnie owładnięta ich muzyką. Choć po kątach lała się wóda i słychać było rozmowy o jachtach, to pod namiotem wszyscy wpatrzeni byli w Vołosów. A przecież ze sceny nie padło żadne słowo, wszystkie kawałki to instrumentale, same smyczki – jakby nie było - wymagające dźwięki. To najlepiej świadczy o komunikatywności ich muzyki. Niby zakorzeniona w klasyce, ale podana z taką lekkością, że chłoną ją wszyscy. W dodatku zdobywają serca szczerym entuzjazmem, żyją na scenie, przeżywają każdy dźwięk.

Jest jeszcze jeden aspekt. Tu w Szczecinie tak naprawdę to jesteśmy ludźmi Wschodu. W genach mamy tradycje tamtych ziem – stamtąd pochodzą przodkowie całkiem sporej części mieszkańców Pomorza Zachodniego. A muzyka Vołosów to dźwięki z tamtych okolic (ok, trochę też bardziej na południe). Może to dlatego w publice obudziła się jakaś skryta muzykalność, słychać było pokrzykiwania, pogwizdywania, ktoś próbował brawami złapać rytm. Możliwe też, że to bardziej uniwersalna tradycja spożywania alkoholu, ale ładniej brzmi pierwsza z opcji. Tak czy siak, skoczne, weselne melodie, którymi Vołosi sypali jak z rękawa, miały więcej niż gorące przyjęcie.

Imponuje mi naturalna siła tej muzyki. Nie ma w niej ani krzty nachalności, próby przypodobania się słuchaczom. Nawet jak grają rzeczy, które można uznać za standardy, jak „Ostatnia Niedziela” czy „Oda do młodości”, robią to z wielką klasą, lekkością i zręcznie wplatają w melodie ludowe. Szczere, proste emocje podane na dłoni. Zarazem żywe świadectwo potęgi instrumentów smyczkowych. Jako jedyni na tym mini festiwalu sportowo-muzycznym dostali owację na stojąco. I wiecie co? Też stałem i klaskałem, bo było to po prostu fantastyczne.

rad
komentarze
We Wrocławiu w Starym Klasztorze [24.09.14] Vołosi również dali doskonały koncert. Ich muzyka łączy w słowiańskim duchu chyba wszystkie żywioły. Było subtelnie, kameralnie ale emocjonalnie i z dużym pierwiastkiem humoru. Wyraźnie poruszonej publiczności udało się nakłonić muzyków do potrójnego bisu. Chyba tak musiałaby brzmieć muzyka weselna na królewskim dworze jeśli byśmy takiego króla posiadali np. w czasach międzywojnia.    
Fiu Fiu
25-09-2014 09:50:20