sprawdź koncerty cyklu tego slucham w Szczecinie

Torn Shore - „Lifeburner"

0 21-09-2015 17:01

Eksperymenty w hardkorze. Hardcore w eksperymentowaniu.

Torn Shore niczym na linii produkcyjnej taśmowo produkują nowe kawałki. Po „Savage” poddali się jednak kontroli jakości – 18 września ukazał się „Lifeburner”, znacznie przewyższający swoją starszą siostrę.

Chwilę po powstaniu składu już zrobiło się o nich głośno – nie próżnowali od samego początku i w styczniu 2014 wypuścili klip do tytułowego numeru z „Savage”. Wtedy też miałem z nimi pierwszą styczność – i pierwsze ambiwalentne uczucia. Na debiucie bowiem chaos porażał i nie chodzi tu wcale o szufladkę „chaotic hardcore”. Ten album był z jednej strony bardzo profesjonalny, ale z drugiej bardzo nierówny, mimo wszystko – z wyczuwalnym potencjałem.

I wraz z nabywaniem doświadczenia (w tym składzie oczywiście, w końcu grają tam członkowie Objects, Borderline Collie, Perspecto i Dead Dingo) diament został oszlifowany. Po pierwszym odsłuchu „Lifeburnera”, wypuszczonego sumptem Instant Classic, stałem się zdeklarowanym fanem. Co mnie ujęło? Eksperymenty w hardkorze. Hardcore w eksperymentowaniu.

Już sam otwieracz, „Piece of Mine” uderza prostackim basem, z melodią a'la Backtrack czy Expire, żeby już 30 sekund później pobrzmiewał tutaj nowszy Converge. Porównań pojawia się cała masa i nie sposób wszystkich wymienić – złożoność w warstwie kompozycyjnej tym razem jest już chaotyczna z wyboru. Choć to naprawdę okrutny populizm trącający raczej LuxFestem niż punkowymi kapelami – każdy tutaj znajdzie coś dla siebie. Bez ściemy.

To co na tej płycie wchodzi najbardziej, to definitywnie romans z neocrustem, tym spod znaku niemieckiego grania. Takie kawałki jak „Rush of Blood” czy „All the Things Must Pass” równie dobrze mogłyby się znaleźć na nowej płycie Jungbluth i zapewne nikt nie mógłby narzekać. W takich numerach zresztą jak te wyżej wymienione, czy jak te zamykające płytę, muzycy mają okazję się wykazać. I bardzo lubię to, co robi Dawid - graj na jednej gitarze, a brzmi to, jakby były tam co najmniej trzy.

Zamknięcie jest totalnie magiczne, kojarzące się właśnie z Converge – „Wrong Patience” i „Feathers” - to świetne, chaotyczne, krzykliwe utwory. Aż ciśnie się na usta słowo „hymny”, ale brakuje tutaj jeszcze charakterystycznej, wwiercającej się w głowę melodii.

„Lifeburner” to również świetnie wyprodukowana płyta – brzmienie ukręcił Grunberg z Satanic Audio. Cieszę się, że Torn Shore nie oszczędzali na nagraniu i produkcji, w takim graniu bowiem wszystko musi chodzić idealnie. I tak właśnie jest, dzięki czemu wychwycić możemy każdy smaczek na tej płycie.

Jak już wspomniałem, „Lifeburner” został puszczony sumptem Instant Classic na CD i kasecie, i jak to bywa w tej wytwórni – wydanie jest świetne – box, cd, mc, koszulka. W totalnie kozackiej oprawie graficznej (czy tylko mi arty te kojarzą się z holenderskimi punkami z This Routine Is Hell?).

Od Torn Shore bije autentyczność. Podoba mi się to, że z jednej strony mają oldschoolowe motywy, a z drugiej dziwaczne i trudne pasaże gitarowe. Że tam, gdzie się najbardziej tego nie spodziewasz wchodzi cisza, albo przeszywający wrzask. Że bawią się tą muzyką, wrzucając to co im się żywnie podoba w dane miejsca. I wychodzi to nadzwyczaj dobrze.




Igor Prusakowski


tagi: polskie (886)  punk (169)  recenzje (806)  torn_shore (3) 
komentarze